Smoleńskie "prawdy"

Wystarczy jeden, niepotwierdzony news, by wprowadzić polską scenę polityczną w temperaturę wrzenia. Jeden nierzetelny tekst, a medialna karuzela rusza na pełnych obrotach. Żółte i czerwone paski fruwają po ekranie telewizora. Mimo braku weryfikacji i oficjalnego potwierdzenia sensacyjnych doniesień, wygłaszane są kolejne oświadczenia i komentarze, buduje się coraz bardziej nieprawdopodobne teorie.

Jeszcze przed południem, co najmniej kilka razy pada wezwanie do dymisji "ostatecznie skompromitowanego" rządu, a prezes Kaczyński zaczyna wprost mówić o zbrodni, zamachu i mordzie w Smoleńsku.

Zamieszanie związane z tekstem Rzeczpospolitej, o śladach trotylu we wraku tupolewa, podsumować można w kilku punktach.

Po pierwsze, od dziennikarskiej rzetelności ważniejsza jest sensacja, wszak liczy się sprzedaż, oglądalność i słuchalność.

Po drugie, Jarosław Kaczyński pokazał wreszcie swoją prawdziwą twarz w sprawie "smoleńskiego zamachu".

Po trzecie, Donald Tusk znalazł się w komfortowej dla siebie sytuacji, bowiem ponownie ma na przeciwko siebie "smoleńską sektę" zamiast merytorycznej, racjonalnej opozycji.

Po czwarte, prokuratura znowu potwierdziła, że ma gigantyczne problemy z komunikacją w sprawie katastrofy prezydenckiego samolotu, a zaufanie rosyjskim ekspertom i oczekiwanie na wyniki ich badań było błędem polskich śledczych.

Jedno jest pewne, ciąg dalszy dzisiejszej awantury z pewnością nastąpi.
Trwa ładowanie komentarzy...